Historie Lokalne

Setne urodziny Pani Eugenii Kędziorek, pionierki Bezrzecza

28 grudnia 100 lat skończyła pani Eugenia Kędziorek, znana mieszkanka Bezrzecza, jedna z pierwszych polskich osadniczek w dzielnicy.

Opublikowano

w dniu

Urodzona w Piątnicy niedaleko Łomży wczesną młodość spędziła w obecnym województwie podlaskim. Od 14 roku życia pracowała w handlu, w Drozdowie, gdzie poznała swojego przyszłego męża, Józefa. Para pobrała się w 1941 roku, a rok później na świat przyszedł pierwszy syn, Aleksander. Po zakończeniu wojny pan Józef przyjechał do Szczecina, najpierw sam, aby przygotować miejsce do życia dla swojej rodziny. Jako zawodowemu wojskowemu zaproponowano mu kilka lokalizacji do wyboru w mieście, ale z uwagi na możliwość uprawy ziemi wybrał Bezrzecze. Widzimy go na fotografii zrobionej na ruinach pałacu von Raminów (piąty od prawej w górnym rzędzie) obok innych polskich pionierów, którą Marek Łuczak zamieścił w książce „Szczecin Krzekowo Bezrzecze”. W marcu 1946 r. pan Józef sprowadził żonę wraz ze starszym synem i kilkumiesięcznym wówczas młodszym, Romualdem na Ziemie Odzyskane. Zamieszkali na ul. Zaściankowej 2, w budynku po dawnej restauracji Brethacka. Rodzina zajęła pokoje na piętrze, na parterze urządzono pierwszy sklep spożywczo-wielobranżowy, gdzie zaopatrywali się wszyscy mieszkańcy Bezrzecza, zaś w skrzydle bocznym trzymano zwierzęta hodowlane. Pan Józef przynosił towar w wielkim plecaku z miasta, na piechotę (!), ponieważ w tych pierwszych powojennych latach dzielnica nie była w żaden sposób skomunikowana ze Szczecinem. Pani Eugenia zajmowała się sprzedażą, prowadziła również bar, który urządzono obok sklepu. Kiedy wysiłkiem samych mieszkańców doprowadzono do porządku „zielony domek” i urządzono w nim przedszkole dla dzieci polskich osadników, pani Kędziorkowa nieodpłatnie przygotowywała bułki dla maluchów. Małżeństwo zajmowało się również uprawą ziemi – mieli łącznie 10 ha gruntów w kilku miejscach w okolicy i hodowlą zwierząt, jak wszyscy wtedy. Krowy i owce każdego ranka wynajęty wspólnie przez sąsiadów pasterz zagarniał z gospodarstw w Bezrzeczu i gnał na pastwisko w kierunku Głębokiego. Wieczorem pokonywał trasę z poligonu z powrotem, a zwierzęta wiedziały przez którą bramą mają wchodzić i bezbłędnie trafiały do swoich zagród. Oprócz tego hodowano również kury, króliki, świnie. Gospodarstwa w Bezrzeczu były samowystarczalne, wszystkie rodziny – państwa Kędziorków również – miały własne warzywa, owoce oraz nabiał. Większość również samodzielnie piekła chleb. Sto pierwszych rodzin polskich osadników dobrze odnalazło się w dawnym Brunn. Państwo Kędziorkowie zachęcili do przyjazdu na Zachód również siostry pana Józefa i pani Eugenii, które przyjechały tu ze swoimi rodzinami.

Na początku lat 50, wskutek zmiany nastawienia do własności prywatnej, rodzina Kędziorkó zaczęła odczuwać dużą niechęć aparatu władzy. Nie chcąc mieć kłopotów, pan Józef zdecydował się oddać budynek przy ul. Zaściankowej i grunty orne (choć miał oficjalny akt nadania!), a zwierzęta porozdawał sąsiadom. W 1952 r. rodzina kupiła dom na ul. Środkowej 13, gdzie pani Eugenia mieszka do dzisiaj. W 1953 r. urodził się najmłodszy syn państwa Kędziorków, Józef. Ojciec rodziny zaczął pracę na terenie Stoczni Szczecińskiej, natomiast pani Eugenia znalazła zatrudnienie w Delikatesach na roku ul. Jagiellońskiej i Wojska Polskiego w Szczecinie, na stoisku z nabiałem. Przepracowała tam kilka lat, potem sprzedawała w sklepiku spożywczym obok nieistniejącej już piekarni na ul. Koralowej, naprzeciwko obecnego sklepu Żabka i poczty.

Na ostatni zawodowy okres życia przeniosła się do kiosku Ruchu na Pogodno, gdzie doczekała emerytury. W rodzinie Kędziorów zawsze dużą wagę przywiązywano do celebrowania wspólnych posiłków. Każdego dnia był trzydaniowy obiad z deserem, przygotowywany przez mamę, ojca lub któregoś z synów, w zależności od tego, kto pierwszy wrócił do domu. Pan Romuald i pan Józef (junior) skończyli szkołę gastronomiczną, wyobrażam więc sobie jak dobrze jadano w białym domku n ul. Środkowej…

Małżeństwo państwa Kędziorków było bardzo zgodne, nikt nigdy nie słyszał żeby się kłócili. W 1991 r. para uroczyście obchodziła Złote Gody. Całe życie, aż do śmierci w 2000 r. pan Józef nazywał żonę swoją „rajską ptaszyną”. Pani Eugenia zawsze była niezwykle spokojną i pogodną osobą. Miała życiową zasadę, aby nie przejmować się niepotrzebnie rzeczami, na które nie mamy wpływu. Nie wdawała się w konflikty międzyludzkie, była towarzyska i powszechnie lubiana. Sąsiedzi zapewne pamiętają ją siedzącą na ławeczce przed domem i zagadującą przechodniów. Słynęła też z wielkiej dbałości o siebie. Zawsze miała pomalowane paznokcie, elegancko uczesane włosy, a największą radość jeszcze do niedawna sprawiało jej otrzymanie w prezencie pudru lub pomadki. Po każdym posiłku myła zęby więc ładny uśmiech całe życie był cechą, która ją wyróżniała. Na duże uroczystości zakładała kapelusze i koronkowe rękawiczki. Nic więc dziwnego, że w dzień setnych urodzin tłum gości odwiedzał panią Kędziorkową już od rana. Były również życzenia, pamiątkowy dyplom i kosz słodyczy od Prezydenta Szczecina. Popołudnie pani Eugenia spędziła z najbliższymi. Cieszyła się bardzo z tylu dowodów pamięci i sympatii. Choć kilka miesięcy temu podupadła na zdrowiu i teraz stale leży w łóżku, otoczona miłością i opieką rodzin swoich synów przeżywa piękną jesień życia. Powtórzmy więc za dedykacją z tortu: ”150 lat drogiej Mamie, Babie i Prababci”, naszej Sąsiadce z Bezrzecza!

Reklama
Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Gmina Kołbaskowo

O Będargowie opowieść subiektywna

Co się może kryć w tych kulach przechowywanych w domu parafialnym w Będargowie?

Opublikowano

w dniu

Będargowo narodziło się owego chłodnego zimowego dnia, w sobotę 1 lutego 1220 r., kiedy to z polecenia księżnej Anastazji, wdowy po księciu Bogusławie I, sporządzono w obecności świadków dokument, w którym po raz pierwszy zapisano nazwę wsi i kilka podstawowych informacji na temat powstającego wówczas kościoła i przeznaczenia dochodów z okolicznych pól

Kule szczecińskie przechowywane w domu parafialnym w Będargowie

Oczywiście dokumenty dotyczące nadań ziemskich na rzecz kościołów, klasztorów czy możnowładców, pochodzące z XII i XIII w., podobne do tego, który wprowadza na arenę dziejów Będargowo, dotyczyły na ogół wsi już istniejących wraz z przypisanymi do nich ziemiami. Tak było np. w przypadku miejscowości Dąbie nad Płonią, Sosnów, Trzebusz, czy Smerdnica, którymi w roku 1773 obdarowano klasztor w Kołbaczu. Tak było w przypadku Ustowa i Krzekowa, które płaciły dziesięcinę na rzecz biskupów pomorskich. Tak też było w wypadku Będargowa. Można zatem powiedzieć, że nasza piękna wieś ma nie tylko swoją historię, lecz także prehistorię.

Głazy na plaży w pobliżu miejscowości Moreaki w Nowej Zelandii

Krajobraz Będargowa przez miliony lat kształtowało morze, przesuwające się lodowce, wiejące wiatry, padające deszcze i prażące słońce. Tu, gdzie większość ludzi widzi niezmienny krajobraz, my, Będargowianie dosłownie dotykamy skał, które opowiadają dzieje naszego małego, zmieniającego się świata. To historia, która zaczęła się kilkaset milionów lat temu. A co to za historia!

Wyobraźmy sobie ruchy płytkiego morza, zamarzające wody, przemieszczające się masy topniejącego lodowca i przesuwane siłą wichury ziarna piasku. To jest właśnie rozciągająca się na miliony lat prahistoria wsi, która w tym roku obchodzi swoje 800-lecie. Niezwykłym świadectwem owych przemian są spotykane często w okolicach Będargowa twory geologiczne nazywane przez zwykłych ludzi „kulami szczecińskimi”, a przez naukowców konkrecjami, a dokładnie konkrecjami piaskowcowo – limonitowo – syderytowymi, co brzmi niezwykle mądrze i każe zdejmować czapkę przed każdym, komu udało się tak skomplikowany termin zapamiętać.

Syderyt tymczasem, to nic innego jak nazwa pewnego dość pospolitego minerału o dużej zawartości żelaza (stąd ów obco brzmiący termin, mający swoje źródło w języku greckim, gdzie σίδηρος [sídēros] oznacza właśnie żelazo); limonit z kolei to rodzaj skały będącej mieszaniną minerałów; konkrecja zaś, to nic innego jak agregat powstały w wyniku narastania minerałów wokół jakiegoś obiektu. W przypadku kul szczecińskich, takim obiektem było najczęściej jakieś oligoceńskie żyjątko, mieszkające w okolicach dzisiejszego Będargowa 33,9 – 23,03 mln lat temu. Mógł to być małż, ślimak, czy jakiś łódkonóg. Są to oczywiście żyjątka morskie, co nie powinno nas dziwić, bo w tamtym czasie cały obszar na którym żyjemy, ukryty był pod stosunkowo ciepłym i niezbyt głębokim morzem. Nasz nowo poznany przyjaciel z czasów zaprzeszłych nie może oczywiście żyć wiecznie, więc zdycha i zalega na dnie zbiornika, gdzie powoli zmienia się otaczające go Ph wody. Następuje proces zmian hydrochemicznych, połączonych z erozją dna morskiego, w wyniku którego resztki żyjątka zostają koncentrycznie otoczone przez materiał osadowy.

Po stosunkowo szybkiej regresji zbiornika oligoceńskiego zainicjowany został krótki etap gromadzenia się osadów podobny do tego, jaki ma miejsce w brzegowej linii jezior, którego wynikiem było powstanie tzw. piasków szczecińskich, w których znajdujemy nasze kule. Szkoda je niszczyć, ale wewnątrz może czekać prawdziwa niespodzianka. Jądrem takiej kuli może się bowiem okazać nie tylko małż, ślimak, czy za przeproszeniem łódkonóg, ale również rybia łuska, ząb rekina, resztka mszywioła, a nawet odcisk bardzo dawnego motyla, choć to o ile mi wiadomo coś takiego zdarzyło się tylko raz, w roku 1938, a szczęśliwym znalazcą był niejaki Gunther Wangrin, nauczyciel geologii i przyrody w szczecińskiej Volkshochschule.

Okres oligoceński pozostawił po sobie wiele świadectw na terenie Będargowa i okolic. Do tych najbardziej fascynujących, może nawet bardziej fascynujących niż wspomniane już szczecińskie kule, a jednocześnie najmniej znanych należą konkrecje septariowe, występujące w osadach iłowych. Są to olbrzymie kuliste głazy, mogące osiągać średnicę nawet 3 m. Na świecie uchodzą za jedną z największych osobliwości. Słynne stały się te, które znajdują się w Nowej Zelandii, na wybrzeżu morza, w pobliżu miejscowości Moeraki. Co roku przyciągają pół miliona turystów, którzy pokonują długą drogę tylko po to, by na nie popatrzeć i zrobić sobie przy nich zdjęcie. W okolicach Będargowa konkrecje septariowe znajdują się głęboko pod ziemią i może to dobrze, bo pół miliona gapiów każdego roku mogłoby całkowicie zmienić spokojną atmosferę jednego z najbardziej urokliwych miejsc na świecie. Skąd wiem, że takie jest? Gdyby takie nie było, już dawno byśmy się stąd wyprowadzili. Musiała o tym wiedzieć i Anastazja, wybierając w 1220 r. na uposażenie kościoła Jakubowego najładniejszą część książęcego dziedzictwa, o czym jeszcze opowiemy, bo przecież kule szczecińskie i konkrecje septariowe to jeszcze nie koniec naszej historii…

ks. Wojciech Jaźniewicza

źródło: Aktualności nr 60

Czytaj dalej

Gmina Police

Pałace, których już nie ma. Część I – Bezrzecze

Gmina Dobra została utworzona w 1945 r. z części dawnego niemieckiego powiatu Rędowa (Kreis Randow) i włączona w granice Polski. Działania wojenne prowadzone w rejonie.

Opublikowano

w dniu

Szczecina od 1944 r. nie spowodowały większych strat w miejscowościach położonych na zachód od miasta. Zniszczony został, co prawda, kościół w Dołujach i kaplica w Kościnie, ale pałac w Bezrzeczu i w Rzędzinach oraz dwór w Dobrej nie doznały żadnego uszczerbku. Dopiero po wojnie zniknęły z powierzchni ziemi… 

W dawnym Brunn (niemiecka nazwa Bezrzecza) kilkakrotnie budowano posiadłość, która następnie ulegała zniszczeniom z powodu rozmaitych zawieruch dziejowych. 

W średniowieczu wieś należała do Fundacji Mariackiej. Po przejściu na protestantyzm i sekularyzacji dóbr kościelnych Bezrzecze przeszło w posiadanie prywatnych właścicieli, a od 1589 r. aż do II wojny światowej (z przerwami) należało do znanego rodu von Ramin. Najstarsze informacje o pałacu odnajdujemy w źródłach XVII-wiecznych, kiedy to w 1630 r. wojska szwedzkie ulokowały się na przedmieściach Szczecina, a w posiadłości zatrzymał się sam król Gustaw Adolf i jego oficerowie. Okoliczne zagrody chłopskie zostały wtedy zburzone, a drewno wykorzystano do budowy obozu wojskowego. Przerażeni mieszkańcy Brunn uciekli. 

W latach 1635-1636 w Bezrzeczu stacjonowały wojska cesarskie, które splądrowały wieś. Potem na kilka lat znowu powróciły wojska szwedzkie… W 1641 r. majątek po Otto Raminie przejęła jego żona, Armigard von Ramin, która odbudowała zniszczoną posiadłość i zdemolowany pałac. Jednak nie na długo, bo już w 1657 r. oblegające Szczecin wojska polskie pod dowództwem hetmana Stefana Czarneckiego ponownie spaliły wieś i rezydencję. Po zawarciu pokoju trzy lata później wdowa jeszcze raz przystąpiła do odbudowy, ale w latach 1675 – 1679 podczas wojny szwedzko – brandenburskiej wieś została kolejny już raz zniszczona przez Szwedów. Arnigard zmarła, majątek pozostał zrujnowany, a posiadłość wyludniona. 

Na północnym skraju wsi między 1875 a 1880 rokiem radca rządowy Otto Friedrich Gebhard von Ramin zbudował pałac, prawdopodobnie dokładnie w miejscu istnienia dawnego dworu. Zachowały się stare fotografie, na których widzimy potężną, piętrową rezydencję z wieżami po obu stronach elewacji, ze środkowym ryzalitem wspartym na arkadach od strony podjazdu i reprezentacyjnymi schodami od strony parkowej. Ozdobne sterczyny (smukłe elementy dekoracyjne na rogach wieży oraz pośrodku) i krenelaż wyraźnie nawiązywały stylistycznie do angielskiego neogotyku. W szczycie ryzalitu znajdował się herb rodziny von Ramin – czerwony sierp na srebrnym polu. 

Około 1930 r. przeprowadzono renowację elewacji zewnętrznych. W 1934 r. właścicielem majątków w Bezrzeczu i Gunicy został Barnim von Ramin (znany doskonale wielbicielom powieści Leszka Hermana). W Bezrzeczu mieszkała jego siostra, Elisabeth, która była żoną dyrektora papierni Feldmühle (obecnie Skolwin). W związku z przeniesieniem siedziby firmy do Berlina, małżonkowie postanowili przeprowadzić się do stolicy i w 1937 r. sprzedali posiadłość wraz z pałacem spokrewnionej z Raminami rodzinie Schöning.

Pałac był częścią większego kompleksu, w skład którego wchodził zespół zabudowań folwarcznych oraz dom zarządcy. Niestety, rezydencja nie dotrwała do naszych czasów. Potomkowie polskich pionierów Bezrzecza pamiętają opowieści swoich ojców z czasów tużpowojennych, jak to radzieccy maruderzy wracający z Berlina zamieszkali w pałacu Brunn. Podobno znieśli pościel ze wszystkich pomieszczeń do głównego salonu, tam spali i bawili się przy dużej ilości alkoholu. Kiedy zdecydowali się opuścić posiadłość na początku 1946 r., podłożyli ogień pod kołdry… Spalił się pałac wraz z meblami i pełnym wyposażeniem*. Jeszcze do niedawna istniały piwnice pod tarasem i schody elewacji ogrodowej, wykorzystywane w latach 90 XX wieku na warsztat zegarmistrzowski. Obecnie, wskutek prac przy budowie fundamentów przedszkola, pozostało z niego gruzowisko cegieł, pojedyncze elementy architektoniczne, które można znaleźć leżące na ziemi oraz murek oddzielający rezydencję od parku. 

Na podstawie zachowanych nielicznych, czarno-białych zdjęć możemy wyobrazić sobie jak komfortowo mieszkali von Raminowie w Brunn. Widzimy wnętrze przytulnego salonu, z parkietem ułożonym w szachownicę, wygodnymi meblami, obrazami, dywanem i miękkimi zasłonami. Na innym ujęciu patrzy na nas pani Gustawa wraz z wnuczkami. Stoją przed drzwiami frontowymi trzymając na rękach swoich psich ulubieńców. Na zalanym słońcem tarasie, siedząc na delikatnych meblach, von Raminowie zapewne odpoczywali, patrząc na otaczającą ich zieleń.

Park ze swoimi alejami spacerowymi i stawem, małą wysepką i prowadzącym do niej drewnianym mostkiem również był piękny. Nad brzegiem wody stała ośmioboczna altana z drewna i cegieł. Rosły ozdobne kwiaty, krzewy i żywopłot, po których dzisiaj nie ma śladu. Zachował się starodrzew, pośród którego można znaleźć piękne okazy kasztanowców białych i czerwonych, klony srebrzyste, różne odmiany lipy, a także buki, graby, jesiony i gatunki drzew iglastych. 

Po wojnie zaniedbany park zaczęła porastać dzika roślinność, a staw uległ zanieczyszczeniu. Teren, który kilka lat temu został wpisany do rejestru zabytków, należy do prywatnego właściciela. Jest zupełnie niezagospodarowany (jeżeli nie liczyć kilku uli stojących w pobliżu) i zaniedbany. Jedynie zimą, kiedy drzewa są pozbawione liści, można dostrzec zarysy dawnego założenia krajobrazowego. Pisałam już kiedyś o tym**, że marzy mi się, aby parkowi przywrócić jego dawną funkcję. Wystarczyłoby wykarczować dziką roślinność, oczyścić staw, wytyczyć alejki, ustawić kilka latarń i małą architekturę… A gdyby wybudować również niewielką scenę? Możnaby tam wystawiać przedstawienia lub urządzać potańcówki, jak to ma miejsce na szczecińskiej Różance. Bezrzecze zyskałoby bardzo atrakcyjne miejsce integrujące lokalną społeczność. Bardzo bym chciała, żeby spośród wielu planów na rozwój naszej małej ojczyzny aspekt estetyczny i kulturalny również znalazł odzwierciedlenie w rzeczywistości. 

*Dziękuję p. Józefowi Kędziorkowi za opowieść!

** „Spacerkiem po zabytkach Bezrzecza”, Tygodnik Policki, 4.10.2018 r. oraz gminadobra.info

Informacje historyczne oraz zdjęcia pochodzą z książki Marka Łuczaka „Szczecin Krzekowo Bezrzecze”, PTH, 2010 r. oraz z Google maps

Czytaj dalej

Historie Lokalne

Karszno – czakram i klątwa rodziny Enckevort

Karszno, to obecnie dzielnica Nowego Warpna, a do 1975 r. osobna wieś, malowniczo położona nad jeziorem Nowowarpieńskim.

Opublikowano

w dniu

Przed wojną nazywało się Albrechtsdorf i miało nawet stację kolejową, na której zatrzymywał się pociąg w drodze nad Zalew. Ślady osadnictwa w tym miejscu datuje się już na X wiek, a pierwsze wzmianki w dokumentach pojawiają się w końcu XIII wieku, kiedy to książę Bogusław IV nadał majątek niejakiemu Hermannowi von Bröcker.

W ciągu stuleci wieś Karszno przechodziła z rąk do rąk, aż w 1766 roku za sumę 20 tys. talarów została zakupiona przez Gotthlifa Christiana von Enckevort z Vogelsang, przedstawiciela bogatego, pomorskiego rodu, który zarządzał tymi terenami aż do wybuchu II wojny światowej. W XVIII w. zbudowano we wsi maleńki, ryglowy kościół pw. św. Huberta, który sto lat później powiększono o kwadratową wieżę.

Ceglana konstrukcja jest ciekawie zwieńczona sterczynami i ostrosłupowym hełmem. Budynek przez wiele lat po wojnie stał zrujnowany i dopiero w latach ’90 XX w. wspólnym wysiłkiem nowowarpian udało się go odbudować. Podobno w samym kościele (lub jego pobliżu) znajduje się czakram, czyli miejsce promieniowania szczególnej mocy, obok Wawelu, Kruszwicy czy na przykład Góry Ślęży jedno z kilkunastu takich w Polsce. Ludzie mają się tu lepiej czuć, uzyskiwać harmonię ciała i umysłu oraz rozwijać duchowy potencjał.

Ze starej zabudowy wsi Karszno, zachowało się kilka chałup w konstrukcji ryglowej, ale najpiękniejszy w tym miejscu jest niewątpliwie pałac. Zachwycający, zadziwiający, zupełnie niewidoczny od strony drogi. Jego widok jest nagrodą dla wytrawnego poszukiwacza wrażeń estetycznych.

Mimo, że wiele razy byłam w Nowym Warpnie nie miałam pojęcia o istnieniu rezydencji. Żeby się dostać do pałacu, zaraz na początku wsi Karszno trzeba skręcić w lewo i brukowaną drogą przed kościołem, biegnącą wśród starego drzewostanu przejechać kilkadziesiąt metrów w kierunku jeziora.

Budowla w stylu neorenesansu francuskiego, przypominająca architekturę zamków nad Loarą, powstała w 1898 r. z inicjatywy Albrechta von Enckevort. Majątek rodziny w tamtym czasie, z założeniem parkowo – pałacowym oraz lasami, łąkami i gruntami ornymi zajmował ogromny teren prawie 800 hektarów oraz świadczył o potędze rodu. Prostokątna bryła piętrowej, podpiwniczonej rezydencji przykryta jest mansardowym dachem, oryginalnie krytym łupkiem, obecnie blachą.

Od strony północnej do pałacu przylega kwadratowa wieża na szczycie której dawniej widniała figurka Merkurego, natomiast od południowej strony – półkolista przybudówka. Pośrodku elewacji frontowej do wejścia prowadzi ciąg betonowych schodów, dalej jest portyk kolumnowy, a do samego szczytu biegnie płytki ryzalit, zwieńczony pojedyńczym oknem w lukarnie, pod którym widnieje herb rodu.

Na mnie największe wrażenie zrobiła elewacja zachodnia: potężne, trójboczne ryzality z obu stron, niczym dwie wieże flankują taras wsparty na arkadach. Z pewnością wspaniale odpoczywało się na nim w czasach świetności pałacu, kiedy zachodzące słońce chowało się w wodach jeziora…

Wszystkie ściany pałacu zdobi klinkierowa cegła oraz elementy rzeźbiarskie w postaci gzymsów, pilastrów, tympanonów, obramowań otworów okiennych, lwich główek i drobnych kartuszy.

Na stronie internetowej gminy (http://www.nowewarpno-neuwarp.pl/zdjecia.html) można obejrzeć przedwojenne fotografie przedstawiające rezydencję pośród otaczającej ją roślinności, z pokrytymi śniegiem choinkami i drzewami rosnącymi po obu stronach drogi dojazdowej, na których pałac wygląda niczym z baśni. Są też dawni właściciele odpoczywający latem na wiklinowych fotelach na tarasie, a także widok na wyspę Riether Werder, która obecnie leży w granicach Niemiec. Widać również ścieżkę biegnącą od frontu pałacu w kierunku południowym, w głąb parku. Prowadziła do kaplicy grobowej rodziny Enckevortów.

Jeszcze 20 – 30 lat temu zaniedbana budowla we wsi Karszno, stała pośród dębów, buków i lip, ale była wykorzystywana przez okolicznych mieszkańców jako rezerwuar materiałów budowlanych i szybko znikła z powierzchni ziemi. Teraz nie ma już po niej śladu. W miejscowości mówi się, że trzy osoby, które zabierały cegły z kaplicy w krótkim odstępie czasu po sobie odeszły z tego świata… Czyżby klątwa Enckevortów?

Inną nieodkrytą tajemnicę kryje Jezioro Nowowarpieńskie, które w pobliżu wsi Karszno ma takie miejsce, gdzie woda nigdy nie zamarza. Nie wiadomo dokładnie czy chodzi o jakieś źródła geotermalne płynące pod dnem czy może coś innego…

Oryginalne wyposażenie pałacu nie zachowało się, choć i tak rezydencja miała szczęście, że nie spłonęła po wojnie, jak wiele innych na Pomorzu Zachodnim. W 1945 r. posiadłość została upaństwowiona, ogrodzona i odcięta od świata. Przez kilkadziesiąt następnych lat pełniła funkcję placówki Wojsk Ochrony Pogranicza, a następnie Straży Granicznej. W 2009 r. oddano ją w użytkowanie Książnicy Pomorskiej, która miała pomysł, aby stworzyć tu magazyn zbiorów i centrum kulturalne. Nie zdążono przeprowadzić remontu, w pałacu odbyło się tylko kilka plenerów artystycznych i – obiekt znowu zmienił właściciela. Gmina wystawiła budynek na sprzedaż. Podobno nowymi nabywcami została grupa polskich lekarzy z Norwegii, którzy chcą zamienić pałac we wsi Karszno, w elegancki obiekt hotelowo-usługowy. Obecnie we wnętrzach trwa remont. Byłam tam kilka dni temu. Na elewacjach wschodniej i zachodniej stoją rusztowania, nowe zwieńczenie wieży przygotowane do zamontowania leży na ziemi. Wokół pałacu zrobiono przekopy, zapewne aby zamontować oświetlenie ogrodowe. Przy schodach frontowych stały zaparkowane samochody, wewnątrz pałacu paliło się światło, ale drzwi były zamknięte. Nawoływałam, pukałam – nikogo nie było widać, nikt nie odpowiadał. Wokoło panowała kompletna cisza, którą przerywało tylko pianie koguta. Ciekawe, czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy o Karsznie. Tymczasem warto tu zajrzeć, pospacerować i spróbować poczuć na własnej skórze szczególną atmosferę. Jeżeli nawet nie odkryjemy tajemnic i nie zadziała na nas moc czakramu, to na pewno przyjemnie spędzimy dzień.

Czytaj dalej
Reklama

Na czasie